Mow mu. Panie, eBooks txt

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Gordon DicksonM�w mu: panieGdy przyby�, dow�dc� mi by�- Przeto go pozna�emP�niej wszak mnie zawi�d�- Przeto �mier� mu zada�emZ pie�ni giermkaWraz ze s�o�cem, kt�re codziennie wynurza si� zza wzg�rzKentucky, obudzi� si� Kyle Arnam. Dzie� mia� trwa�jedena�cie godzin i czterdzie�ci minut. Kyle wsta�, ubra�si� i wyszed� osiod�a� myszatego wa�acha oraz siwego ogiera.Wskoczy� na ogiera i przez jaki� czas cwa�owa� na nim, p�ki�nie�nobia�ego karku zwierz�cia nie przesta�a wygina�gniewna furia. Potem przywi�za� konie przed kuchennymwej�ciem i poszed� na �niadanie.Wiadomo��, kt�r� otrzyma� przed tygodniem, le�a�a oboktalerza z jajkami na bekonie. Teena, jego �ona, sta�a przydesce do krojenia, zwr�cona do niego plecami. Usiad� ijedz�c ponownie odczyta� list."...Ksi��� b�dzie podr�owa� incognito, pod jednym zrodowych tytu��w, jako hrabia Sirii North i nie nale�y gotytu�owa� Wasz� Wysoko�ci�. M�w mu: panie".- Dlaczego to musisz by� ty? - wyrzuci�a z siebie Teena.Podni�s� wzrok, ale nadal widzia� tylko plecy �ony.- Teena... - zawiesi� g�os ze smutkiem.- No, s�ucham.- Moi przodkowie byli stra�nikami, osobist� ochron� jegoprzodk�w, jeszcze w czasach wojen zdobywczych przeciwkoobcym. Ju� ci to m�wi�em - przerwa�. - Moi pradziadowieratowali ich przed �mierci�, nawet gdy pozornie niezanosi�o si� na niebezpiecze�stwo. Cho�by wtedy, gdy jakgrom z jasnego nieba spada� na nasz� flot� kr��ownik Rakich,got�w zaatakowa� nasz statek flagowy; sam imperator musia�rami� w rami� z innymi walczy� o �ycie.- Zgoda, tylko �e po obcych nie ma ju� �ladu, a imperatorma tysi�ce innych �wiat�w! Dlaczego jego syn nie mo�eodbywa� swej podr�y dojrza�o�ci gdzie indziej? Dlaczegomusia� wybra� Ziemi� - i ciebie?- Bo istnieje tylko jedna Ziemia.- I tylko ty jeden, prawda?Kyle westchn�� z rezygnacj�. Po �mierci matki jegowychowaniem zajmowali si� ojciec oraz wuj i w sprzeczkach zTeen� zawsze czu� si� bezbronny. Wsta� od sto�u, podszed� do�ony i k�ad�c r�ce na jej ramionach pr�bowa� j� delikatnieobr�ci� do siebie. Bezskutecznie.Ponownie westchn�� i podszed� do szafki z broni�. Wyj��za�adowany pistolet i wsadzi� go do dobrze dopasowanejwypuk�ej kabury, kt�r� potem zaczepi� do pasa z lewejstrony. Nast�pnie wybra� sztylet o ciemnej r�koje�ci zsze�ciocalowym ostrzem i pochyliwszy si�, umie�ci� go wpochwie wewn�trz wysokiej cholewy buta. Naci�gn�� mankietspodni i wyprostowa� si�.- On nie ma prawa tu przebywa�! - m�wi�a gwa�townie Teenawci�� nie odwracaj�c si� do m�a. - Dla turyst�w istniej�specjalnie wyznaczone skanseny i pensjonaty.- Nie jest turyst� i dobrze o tym wiesz - odpar�cierpliwie Kyle. - Jest najstarszym synem imperatora. Jegoprababka pochodzi�a z Ziemi, podobnie jak st�d pochodzi�b�dzie jego �ona. Cz�onkowie co czwartej generacji liniiw�adc�w musz� si� po��czy� w�z�ami ma��e�skimi zrodowit� Ziemiank�. Takie jest prawo. Nadal. - Wdzia�sk�rzan� kurtk� i zapi�� na dole zamek b�yskawiczny, by niewystawa�a kabura pistoletu. Odwr�ci� si� do drzwi, ale wpo�owie ruchu zatrzyma� si�.- Teena? - powiedzia� cicho.Nie odpowiedzia�a.- Teena! - powt�rzy� g�o�niej. Podszed� do �ony iponownie spr�bowa� j� do siebie obr�ci�. I ponownie si�opar�a. Tym razem jednak Kyle nie zrezygnowa�.Nie by� zbyt postawnym m�czyzn� - raczej �redniegowzrostu, o okr�g�ej twarzy - a jego spadziste ramiona, cho�masywne, nie wygl�da�y zbyt imponuj�co. Odznacza� si� jednakniezwyk�� si��: owijaj�c wok� d�oni grzyw� ogierapotrafi� zmusi� go do ukl�kni�cia, czego nie umia� dokona� niktinny. Bez najmniejszego wysi�ku odwr�ci� �on� do siebie.- Mo�e jednak mnie wys�uchasz - zacz��, lecz zanim zd��y�co� doda�, w jednej chwili opu�ci�a j� ca�a gniewnazaci�to��. Rozdygotana przywar�a do niego.- Przez niego tylko sobie biedy napytasz! Wiem, �e takb�dzie! - wyrzuca�a z siebie zduszone s�owa, wtulona w jegokurtk�. - Nie id�, Kyle'u! Nie ma prawa, kt�re by ci� dotego zmusi�o!Ze �ci�ni�tym i suchym gard�em pog�adzi� mi�kkie w�osy�ony. Nie mia� co odpowiedzie�. Jej pro�ba by�a niemo�liwado spe�nienia. Od czas�w, gdy promienie s�o�ca po razpierwszy pad�y na z��czone pary m�czyzn i kobiet, w takichchwilach jak ta �ony przywiera�y do m��w i b�aga�y o co�,co si� nie mog�o spe�ni�. I tak jak teraz Kyle Teen�,m�czy�ni obejmowali swoje kobiety, jak gdyby wierz�c, �ezrozumienie mo�e przenikn�� z jednego cia�a do drugiego. Imilczeli, bo brak im by�o s��w.Kyle przez chwil� jeszcze tuli� �on�, a potem delikatnieodsun�� j� od siebie i wyszed�. Wsiad� na ogiera, a wa�achachwyci� za uzd�. Gdy odje�d�a�, widzia� Teen� przez szyb�.Ju� nie p�aka�a - z pochylon� g�ow� i opuszczonymi ramionamista�a bez ruchu tam, gdzie j� zostawi�.P�dzi� przez zalesione wzg�rza Kentucky. Dotarcie dowyznaczonego miejsca zaj�o mu ponad dwie godziny. Zjecha�ze stromizny wg�rza wprost na utrzymany w wiejskim styludrewniany dworek. W bramie dostrzeg� wysokiego brodategom�czyzn� odzianego w str�j, jaki nosi�o si� na niekt�rych zM�odszych �wiat�w.Gdy podjecha� bli�ej, zauwa�y�, �e m�czyzna ma posiwia��brod�, za� ponad prostym i w�skim nosem oczy nabieg�e krwi�,otoczone podk�wkami, jak od zmartwienia czy niewyspania.Przygryza� wyra�nie zas�piony usta.- Jest na dziedzi�cu - odezwa� si�, gdy Kyle stan�� przynim. - Nazywam si� Montlaven i jestem jego nauczycielem. Ju�czeka, gotowy do podr�y. - Pociemnia�e oczy wpatrywa�y si�w Kyle'a jakby z niem� pro�b�.- Nie zbli�aj si� do �ba ogiera - ostrzeg� Kyle i doda�:- Prowad� mnie.- Ten ko� to chyba nie dla niego, co...? - spyta�Montlaven i odsun�� si�, zerkaj�c nieufnie na pot�nezwierz�.- Nie - uspokoi� go Kyle. - Pojedzie na wa�achu.- B�dzie chcia� siwka...- To niemo�liwe, nawet gdybym na to pozwoli�. Tylko ja gomog� dosiada�. Poka� mi drog�.Montlaven odwr�ci� si� i ruszy� przez poro�ni�tytrawnikiem dziedziniec, na kt�ry z trzech stron wychodzi�yokna dworku. W wygodnym ogrodowym fotelu przy baseniesiedzia� niespe�na dwudziestoletni wysoki ch�opak z grzyw�p�owych w�os�w; na trawie obok le�a�y dwa wypchane juki. Nawidok Kyle'a i nauczyciela podni�s� si�.- Wasza Wysoko�� - odezwa� si� Montlaven - oto KyleArnam, kt�ry przez trzy nast�pne dni ma pe�ni� rol� ochronyosobistej Waszej Wysoko�ci.- Dzie� dobry, stra�niku... to znaczy, Kyle'u. - Ksi���u�miechn�� si� z figlarn� zaczepk�. - No, mo�esz ju� zej�� zkonia.- Dla ciebie przeznaczony jest wa�ach, panie - wyja�ni�Kyle.Ksi��� wlepi� w niego wzrok, a nast�pnie odrzuci� g�ow�do ty�u i roze�mia� si�.- Cz�owieku, wiesz, jak ja je�d��!? M�wi� ci!- Ale nie na tym koniu, panie - odpar� Kyle beznami�tnie.- Tylko ja go mog� dosiada�.Ksi��� wytrzeszczy� oczy, u�miech znik� z jego twarzy,lecz prawie natychmiast powr�ci�.- No i co ja mam robi�? - Wzruszy� szerokimi ramionami. -Poddaj� si�, zreszt� jak zawsze. No, powiedzmy. - Pos�a�Kyle'owi szeroki i, mimo lekko �ci�gni�tych ust, szczeryu�miech. - Zgoda.Podszed� do wa�acha - i nag�ym skokiem znalaz� si� najego grzbiecie. Zaskoczony ko� parskn�� i przysiad� nazadzie, lecz zaraz si� uspokoi�, gdy d�ugie palce m�odzie�cazacisn�y si� fachowo na cuglach, a druga d�o� poklepa�aszary kark zwierz�cia. Ksi��� uni�s� brwi spogl�daj�c naKyle'a, lecz ten siedzia� nieporuszony.- Zak�adam, �e jeste� uzbrojony, m�j zacny Kyle'u? -spyta� ksi��� z lekk� kpin�. - Na wypadek, gdyby� musia�mnie broni� przed hord� rozw�cieczonych tubylc�w?- Twoje �ycie jest w moich r�kach, panie - odpar� Kyle.Rozpi�� sk�rzan� kurtk�, by pokaza� pistolet, i zarazponownie j� zapi��.- Will - Montlaven po�o�y� swojemu podopiecznemu r�k� nakolanie - nie daj si� ponie�� lekkomy�lno�ci, ch�opcze. ToZiemia. Jej mieszka�cy s� lud�mi innej klasy i obyczaj�w.Zastan�w si� dobrze, zanim...- Och, daj spok�j, Monty! - uci�� ksi���. - B�d� r�wnieskromny i nie rzucaj�cy si� w oczy, r�wnie archaiczny iniezale�ny jak ca�a reszta. My�lisz, �e mam kurz� pami��?Zreszt� i tak do czasu, gdy przy��czy si� do mnie m�jkr�lewski ojciec, up�yn� zaledwie trzy dni czy co� ko�otego. A teraz - pozw�l mi jecha�!Odwr�ci� si� raptownie w siodle, wtuli� w kark wa�acha iruszy� jak strza�a w stron� bramy. Gdy znik� po drugiejstronie, Kyle �ci�gn�� z ca�ych si� uzd�, z trudemutrzymuj�c w miejscu rozta�czonego ogiera, kt�ry rwa� si� dogalopu w �lad za wa�achem.- Podaj mi juki ksi�cia - poleci� staremu nauczycielowi.Montlaven pochyli� si�, podni�s�szy torby z trawy i poda�Kyle'owi. Ten przytroczy� je mocno obok swoich juk�wumieszczonych po bokach k��bu konia. Zauwa�y� �zy w oczachMontlavena.- To wspania�y ch�opak, zobaczysz. Przekonasz si�! - Nazwr�conej ku g�rze twarzy Montlavena malowa�o si� niemeb�aganie.- Na razie jestem przekonany, �e pochodzi ze wspania�ejrodziny i zrobi� dla niego wszystko, co w mojej mocy -odpar� spokojnie Kyle i skierowa� rumaka w stron� bramy.Po ksi�ciu nie by�o ani �ladu. Kyle nie mia� jednak�ek�opot�w z odszukaniem go - �lady kopyt wa�acha w br�zowejziemi wyra�nie wskazywa�y kierunek. Min�� k�p� sosen iznalaz� si� na otwartej przestrzeni. Ksi��� siedzia� natrawiastym zboczu i spogl�da� w niebo przez lunet�.Kiedy Kyle zsiad� z konia, ch�opak oderwa� oczy odprzyrz�du i bez s�owa mu go poda�. Kyle przy�o�y� lunet� dooka i spojrza� w g�r�. W pole widzenia okularu, znarastaj�cym warkotem maszyny holowniczej, wp�yn�a jedna zorbituj�cych wok� Ziemi stacji energetycznych.- Oddaj - nakaza� ksi���, a gdy Kyle wr�czy� mu lunet�,powiedzia�: - Nigdy nie mia�em okazji przyjrze� si� �adnej znich, a straszn� ju� mia�em na to ochot�. Bo to raczej do��... [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • aswedawqow54.keep